Wy, którzy podpisywaliście: Rozliczcie ich.

Witam po dłuższej przerwie. Czas podsumować pewne sprawy. Czuję na sobie ten obowiązek bo… głupio stwierdzić ale mój skromny blog jest chyba jedynym w miarę aktualizowanym, zbiorczym źródłem informacji o obywatelskim projekcie ustawy, sygnowanej hasłem „oddajcie parki narodowi”.

Ale po kolei. Na uprzejme pismo do Greenpeace które cytuję notkę niżej, otrzymałem zdawkową i pełną zarozumialstwa odpowiedź od rzecznika tej organizacji, Jacka Winiarskiego, którą zacytuję: w całości: 1. Nie zwykłem odpowiadać na prowokacje i groźby 2. Zwykłem odpowiadać poważnym dziennikarzom 3. Wystarczy uważnie słuchać, chcieć słyszeć i czytać ze zrozumieniem aby znać odpowiedź na wszystkie te pytania. Jestem uniżenie wdzięczny za ten liścik, inni (patrz niżej) nie doznali podobnego zaszczytu.

Prowokacje i groźby? Mocne. Poczułem się co najmniej jakbym, wrzucił do warszawskiej siedziby „zielonego pokoju” koktail Mołotowa. Zważywszy, że aktywistom tej organizacji nie straszne są akcje typu atakowanie statków wielorybniczych czy wspinanie się na mosty, jakąż to moc musiały mieć moje czysto formalne pytania, jeśli tak zostały odebrane.

Skoro dla Pana Winiarskiego ja – obywatelski bloger – okazałem się niepoważny postanowiłem poprosić o pomoc, już nawet nie jakiegoś pierwszego z brzegu „znanego dziennikarza” tylko kogoś w dwójnasób zasłużonego dla sprawy. Pismo podobnej treści wysłał do Greenpeace Mateusz Matysiak – założyciel i redaktor strony birdwatching.pl. To najpopularniejszy w sieci portal miłośników ptaków, liczący miesięcznie dziesiątki tysięcy odsłon. Autorzy tej platformy intensywnie reklamowali akcję zbierania podpisów. Ich pytanie o – fundamentalne kwestie obserwacji terenowych w przyszłych, rozszerzonych parkach narodowych, powinno być z uwagą wysłuchane. I co się stało, jak myślicie? Według relacji Mateusza nie nadeszła jak dotąd żadna odpowiedź.

A propos „słuchania i czytania” – mała dygresja. Rok temu pisałem: W Polsce nie brakuje zwolenników radykalnych rozwiązań. Można wystąpić z projektem najdziwniejszej ustawy, (…) zebrać 100 tys.  podpisów w ciągu jednej niedzieli. I czyż nie miałem racji? Obywatelskich projektów ustaw wpłynęło już do Sejmu kilkadziesiąt. W tym roku było głośno głównie o jednym z nich -  projekcie całkowitego zakazu aborcji. W zaledwie dwa tygodnie zebrano pod nim … 570 tysięcy podpisów! I co z tego? Ich ogromna liczna nie zrobiła wrażenia ani na posłach – którzy projekt odrzucili, ani na dziennikarzach, którzy nazwali to próbą narzucenia nowoczesnemu społeczeństwu dyktatu zacofanej mniejszości.

Nie jestem oczywiście zwolennikiem wprowadzania tak „ciemnogrodzkiego” prawa, Adam Wajrak też się przyznał że nie, choć popiera je dwa razy więcej wyborców niż projekt ekologów. Jeśli jednak przymkniemy oko na treści merytoryczne,  autorom tej akcji nie można odmówić profesjonalizmu, kultury i szacunku wobec ich „podpisowego elektoratu”. Na stronie stopaborcji.pl – począwszy od pierwszej relacji ze złożenia podpisów w Sejmie, w kwietniu tego roku – mamy ponad 70 artykułów. Są tam wywiady, relacje z prac sejmowych, konferencji prasowych itp. Najnowsze sprzed kilku dni. Czego od Greenpeace może się dziś dowiedzieć jeden z ćwierci miliona „podpisowców parkowych”?  Dokładnie niczego. Jeden z aktywistów, Grzegorz Norman – nie kryje oburzenia:

Nie uzyskawszy odpowiedzi próbował pytać o coś A. Wajraka na  facebookowym forum, przeczytał odpowiedzi w stylu „mądrzy ludzie działają i się starają, ale to są sprawy zakulisowe”. Tymczasem obrady komisji sejmowych są jawne a stenogramy publikowane w Sejmie. Stosowne raporty można by przygotowywać nawet zza biurka. Jedyny ślad na jaki trafiłem, to relacja A. Worobca w kwietniowym wydaniu Dzikiego Życia. A co z głównymi stronami na których koordynowano akcję? tydecydujesz.org znikła z sieci i straszy komunikatem „strona zgłoszona jako dokonująca ataków”. Na oddajcieparkinarodowi.pl wciąż widnieje artykuł Mariusza Duchewicza z listopada 2010 pt. „Możemy świętować nasz wspólny sukces” i zapowiedź kolejnych doniesień. Jakże smutno i fałszywie to dzisiaj brzmi. Sukcesem była jedynie akcja z podpisami i na tym koniec. Zmiany w ustawie nie zostały uchwalone. Patrz – notatka prasowa z 31 lipca. Znów miałem racje pisząc, że posłowie nie są ulepieni z innej gliny niż samorządowcy. A pan Duchewicz nie dotrzymał obietnicy i niczego więcej nie raczył przekazać.

Ów ćwierćmilionowy wynik sprzed roku rzeczywiście mógł nastrajać optymistycznie. Taka ilość głosów przełożyłaby się na niemal 2% w ostatnich wyborach, a przecież nie we wszystkich miejscowościach zbierano podpisy. Czyżby jawiła się szansa na zbudowanie partii zielonych z prawdziwego zdarzenia?  Dariusz Szwed, szef kanapowego ugrupowania „Zieloni 2004″ właśnie poniósł kolejną sromotną klęskę. Najpierw musiał wysłuchać gorzkich głosów dezaprobaty, za to że startuje z listy SLD, wspierając partyjny beton. W wyborach, pomimo pierwszego miejsca na liście, pomimo wyborczej turystyki Michała Olszewskiego i innych entuzjastów, dostał mniej głosów niż kolejny na liście czerwony towarzysz. A z racji na kiepski wynik SLD, mandatu i tak nie zdobył żaden z nich.  Jeszcze gorzej wypadli pozostalo kandydaci, patrz tutaj…>

Antyaborcjoniści, chociaż ich plany definitywnie przepadły w Sejmie, nadal redagują swoją stronę, wyraźnie komuś zależy na tym aby akcja podpisowa była jedynie zaczątkiem większego społecznego ruchu. Proparkowcom piórka opadły. Teoretycznie projekt nie ulega kasacji tylko przechodzi do następnej kadencji ale już jakby mało kto na serio wierzył w jego powodzenie. A ty który podpisałeś – zrobiłeś swoje… tobie już dziękujemy?