Z kozikiem możesz wejść, z lornetką nie!

W regulaminowym terminie – 15 października,  wysłałem swoje uwagi do projektu planu ochrony Białowieskiego Parku Narodowego. Oto ten projekt w formacie .pdf. Zasady udostępniania parku dla publiczności opisane są w załączniku 10, str 62-67. Moją opinię możecie Państwo przeczytać tutaj (plik w formacie .doc:)

O ile pierwsze trzy punkty mogą stanowić podstawę do dalszych negocjacji bądź analiz prawnych, punkt 4. dotyczy wyjątkowo absurdalnej i szkodliwej regulacji. Przytoczę go to w całości:        

W sytuacji kiedy dyskutuje się o rozszerzaniu Parku Narodowego na kolejne fragmenty lasów zagospodarowanych – trwogę i protest budzi sposób udostępnienia terenów Obrębu Ochronnego Hwoźna, czyli dawnych lasów gospodarczych Nadleśnictwa Browsk. Dopuszczono tam wyłącznie zwiedzanie po „szlakach turystycznych” poprowadzonych najczęściej wzdłuż linii oddziałowych. Proszę pamiętać że gro turystów przyjeżdża tu obserwować drobne ptaki leśne (dzięcioły, muchołówki) lub ssaki prowadzące skryty tryb życia, których nie da się zobaczyć z arbitralnie wyznaczonego szlaku. Doceniam starania w zakresie budowy infrastruktury – parkingów, kładek itp. ale aby prawdziwe były zapewnienia że po rozszerzeniu Parku jego dostępność jego się nie zmniejszy, a turystów przybędzie – szlaki te mogą być jedynie pomocą w zwiedzaniu a nie przymusowo wyznaczoną marszrutą. Jest to tym bardziej kuriozalne, że w 22 oddziałach tego obrębu dopuszczono… zbiór grzybów i płodów runa leśnego – bez żadnych ograniczeń terytorialnych ani frekwencyjnych. Skoro uznano, że ekosystemowi nie szkodzi zbieracz systematycznie rozgrzebujący ściółkę, zrywający części roślin, nie widzę żadnego uzasadnienia dlaczego szkodzić ma przemieszczający się bez ingerencji wędrowiec. Dlatego bardzo proszę o zmianę tych punktów w zał. 10 i dozwolenie wstępu na teren O. O. Hwoźna również bez konieczności zbierania grzybów.

Tak też i obecnie uregulowana jest dostępność lasów, które zostały włączone do parku przed kilkunastu laty, gdzie przed 1996 r. można było swobodnie chodzić. Wiem o przypadkach karania mandatami turystów obserwujących ptaki, za sam fakt zejścia z drogi leśnej. Proszę więc nie wierzyć w kłamstwa ekologów, że po dalszym rozszerzeniu Parku będzie można tak samo jak dziś wędrować po Puszczy.  

Z formalnego punktu widzenia regulamin pozwalający zbierać runo a zabraniający zwiedzać i oglądać las, jest dowodem wyjątkowej tępoty zarządzających dziś parkiem urzędników, ich nieliczenia się z realiami organizacyjnymi i społecznymi potrzebami. Arogancką demonstracją władzy wobec tych pasjonatów Puszczy, którzy są najbardziej świadomi jej przyrodniczych wartości i chcą je poznawać w terenie. Nie można pozostawiać takim ignorantom prawa do wyłącznego decydowania o polityce turystycznej całego regionu!

Z początkiem listopada dowiemy, się czy Greenpeace zebrał swoje 100 tysięcy podpisów i czy prace legislacyjne w kierunku ograniczenia władzy samorządów ruszą dalej. Niedawna decyzja ministerstwa o drastycznym ograniczeniu wyrębów i polowań pozwala żywić nadzieję, że uda się pogodzić ochronę Puszczy z jej dostępnością dla ptasiarzy. Niezależnie od tego jak się sprawy dalej potoczą, warto lobbować w sprawie liberalizacji i „użyciowienia” regulaminu BPN. Przygotowałem w tej sprawie list otwarty do usługodawców zajmujących się puszczańską turystyką (plik w formacie .doc:)

…i wysłałem do kilku głównych hoteli, pensjonatów – proszę przekazywać go dalej, zwłaszcza mniejszym kwaterodawcom, nie wszystkich znam.

Zapraszam też do zapoznania się z dyskusją na portalu birdwatching.pl

Maciej Zimowski
bird@bird.pl

Za przyrodą, przeciw hucpie.

Polska nie przestaje zadziwiać paradoksami. Do niedawna pierwszym punktem newsów w dużym europejskim kraju były relacje z awantury pod krzyżem. Teraz ekolodzy z Greenpeace usiłują nagłośnić kuriozalną akcję tydecydujesz.org Proszą obywateli aby zgodzili się swoje prawa obywatelskie ograniczyć na kolejnych znacznych obszarach kraju, a demokracjom lokalnym pokazali pięść. Obiecują, że zmiana dwóch drobnych paragrafów w pewnej opasłej ustawie uchroni Puszczę Białowieską i inne perły polskiej przyrody od zniszczenia. Jest też akcent wręcz humorystyczny – organizacje z nazwy „pozarządowe” wspomagają biedny rząd w walce o większe uprawnienia centralnej administracji.     

Pomimo, że na portalach i forach przyrodniczych wciąż czytam apele o podpisanie się pod tym projektem zmian w prawie – nie poprę go. Jeżeli kogoś stać na coś więcej niż bezrefleksyjne poddanie się instynktowi stadnemu – proszę, aby przeczytał mój wywód. Opozycjoniści w PRL-u musieli stosować taktykę oblężonej twierdzy, w walce z reżimem zapomnieć o różnicach światopoglądowych. W dzisiejszych realiach nie widzę takiej potrzeby.

Kiedy przed trzydziestu laty zaczynałem biegać z lornetką za ptakami – ktoś, kto uprawiał to hobby mógł być co najwyżej nazwany niegroźnym wariatem. Dziś, przykro to stwierdzić, przyznanie się do bycia przyrodnikiem, bądź tzw. „ekologiem” ściąga na głowę wszystkie obelgi jakie oficjalna, a zwłaszcza nieoficjalna polszczyzna zna. Można powiedzieć – ot normalny konflikt interesów, konsekwencja europeizowania się naszego kraju, konieczności przestrzegania ostrzejszych norm środowiskowych. Ale to tylko część prawdy.

Udany protest przeciwko budowie mostu przez Rospudę dodał wielu działaczom skrzydeł i entuzjazmu. Wtedy jednak przekaz był jasny i uczciwy. Dziś – pogmatwany, oparty na demagogii i kłamstwie.  Polskie 23 parki narodowe zajmujące 1% powierzchni kraju to rzekomo wstyd na tle innych krajów Europy. Sprawdźmy. Owszem, wyższy procent „uparkowienia” mają np. Austria czy Słowenia – trudno jednak porównywać się do tych małych i wybitnie górskich krajów. Sąsiedni kraj o podobnej wielkości i strukturze krajobrazu – Niemcy, na 14 parków zajmujących 0,54% powierzchni, dla Francji ten współczynnik wynosi 0,66%. Ale choćby było ich tam trzy razy tyle, porównywanie się do zachodnich cywilizacji jest mocno chybione.

W głównym haśle akcji „Oddajcie parki narodowi” kryje się gorzki fałsz. Pierwotny sens pojęcia „Park Narodowy” zrozumie np. ten, kto wędrował po Ameryce Północnej. W kraju, gdzie większość terenów jest prywatna i ogrodzona, parki narodowe i regionalne szeroko otwierają swoje podwoje każdemu, kto chce wejść, wypocząć, obserwować przyrodę. W niemieckiej ustawie o ochronie przyrody, parkom narodowym poświęcono zaledwie… jeden paragraf 14 z kilkoma punktami. Ostatni kończy się klauzulą: „na tyle na ile pozwalają względy ochronne, parki powinny być udostępnione publicznie”. Polska ustawa, kilkakrotnie opaślejsza od niemieckiej, składa się głównie z drobiazgowych zakazów. Z tym szczególnie dotkliwym, i bezsensownym Art. 15. 1. 15: W parkach narodowych oraz rezerwatach przyrody zabrania się… ruchu pieszego i rowerowego… z wyjątkiem miejsc wyznaczonych przez dyrektora. Wniosek o usunięcie tego absurdu mógłby choć trochę złagodzić antyspołeczny wydźwięk nowelizacji w myśl zasady win-win.  Ale gdzie tam, reszta ustawy ma pozostać niezmieniona a władza dyrektorska stać się władzą niemal dyktatorską.

Mamy się martwić że od 2001 r. nie powstał w Polsce żaden nowy park narodowy. O ile wiem, nie wypiętrzyło się też w tym czasie żadne nowe pasmo górskie, nie wyżłobiła dzika dolina rzeczna, nie odwojowaliśmy terytorium na sąsiadach. Po 1989 r. utworzono w szybkim tempie 9 parków, na terenach znacznie przez człowieka przekształconych, gdzie sama jego obecność nie stanowi jakiegokolwiek zagrożenia dla dzikich gatunków, a często, jak np. nad Biebrzą – solidna techniczna interwencja: wypas, karczowanie zarośli, koszenie traw jest niezbędna do utrzymania cennych środowisk. A mimo to cały czas widnieje w ustawie ten przepis – obligatoryjny zakaz wstępu na całe terytorium parku czy rezerwatu, z wyjątkiem niewielu miejsc czy szlaków, które wszechwładny dyrektor zechce udostępnić.

Jako organizator wycieczek przyrodniczych, ze szczególnym  oburzeniem reaguję na opowiastki o tym jak to powstanie parku ma przyczynić się do rozwoju turystyki i zapewnieniu przez to alternatywnego źródła dochodów miejscowej ludności. Jest tak być może w Ameryce, Niemczech czy Austrii, gdzie parki narodowe na swoich stronach internetowych wręcz zapraszają do przyjazdu i spędzenia tam urlopu. W Polsce nie ma zwyczaju grodzenia i zamykania otwartych terenów, nikt nie zabrania wstępu na większość łąk, pól, zarośli, lasów, tak prywatnych jak i państwowych. Natomiast utworzenie parku bądź rezerwatu pozbawia obywatela tego zwyczajowego i konstytucyjnego prawa. Następuje proces odwrotny do pierwotnej idei parków – odebranie narodowi danego obszaru. Człowiek – turysta jest wrogiem i intruzem człowieka w zielonym parkowym mundurku, który w sposób arogancki chce mu zademonstrować swoją władzę. Tworzone regulaminy są modelowymi przykładami „prawa powielaczowego” lekceważącego konstytucję. O antyturystycznych absurdach w parkach białowieskim i biebrzańskim pisałem już 10 lat temu. Wciąż aktualny tekst jest dostępny pod adresem www.bird.pl/puszcza.

Na kłamliwość hasła „oddajcie parki narodowi” zareagowali też na swoich forach miłośnicy turystyki górskiej.  Od lat narzeka się na  szykany w parkach Magurskim i Bieszczadzkim gdzie zakazano np. wejścia na bite drogi, po których jeżdżą parkowe pojazdy. A nie są to bynajmniej obszary pierwotnej dzikości, tylko tereny opuszczone 60 lat temu na skutek wysiedleń. Znikł z nich człowiek-rolnik, człowiek–drwal i człowiek-budowniczy, dlaczego teraz tak przeszkadza człowiek – pieszy lub rowerowy wędrowiec?  Tak, narodowi należy oddać parki. Ale najpierw te, które już istnieją.     

Pośpieszna akcja zbierania podpisów ma być – jak pisze Adam Wajrak, pokazaniem że „za przyrodą stoi też lobby”. Wątpię, żeby ktoś z ulicznej  łapanki, po spojrzeniu na dwa zawiłe paragrafy stał się od razu przyrodnikiem. Rzeczywistą silną przeciwwagą drwali i drzewiarzy mogliby być ci, dla których np. owe zagrożone dzięcioły: trójpalczasty i białogrzbiety są rzeczywistym obiektem zainteresowania. W krajach zachodnich istnieją wielotysięczne towarzystwa miłośników ptaków. Niemieckie NABU liczy 420 tys członków, holenderskie Vogelbescherming 150 tys, brytyjskie  RSPB ponad milion. Po 1989 roku zaistniała wizja budowy takiego towarzystwa w Polsce jako ważnego elementu demokracji i nowoczesnego społeczeństwa. Z ogromnym finansowym  wsparciem organizacji zachodnich powstał OTOP, który zaraz na początku działalności zebrał 3 tysiące członków. Zapytajcie państwo, ile liczy dziś, po 20 latach: 10, 30 tysięcy?  Informacja na stronie www.otop.org.pl leczy te złudzenia:  „około 2 tysięcy”… ciekawe jak duże jest to „około”.  Inna znana organizacja, białostockie  PTOP, licząca niegdyś członków kilkuset dziś już ich liczby oficjalnie nie podaje, ale jak mnie poinformował jeden z działaczy… spadła do ok. 60! Tymczasem w biuletynie ogłasza się… przeprowadzkę do nowego, większego biura. Polskie towarzystwa zmarnowały ostatnie dwie dekady i zamiast – mając luksusowe warunki i strumień dotacji zarazić tysiące ludzi do przyrodniczego hobby stały się pokracznymi karykaturami swoich zachodnich odpowiedników. Ze spadającą co roku liczbą członków i rozdymającą się biurokracją do przerabiania kolejnych dotacji, grantów i projektów. Instytucje niewątpliwie pożyteczne, ale z prawdziwym społecznikowstwem nie mające nic wspólnego. Zwykłe firmy eksperckie, utrzymujące garstkę członków dla zachowania statusu i przywilejów organizacji pozarządowej. To oczywiście coraz silniejsze lobby, widzące być może w powiększających się parkach narodowych kolejny strumień zleceń, i jako takie ma prawo różnymi metodami walczyć o swoje interesy, niech tylko jego aktywiści nie stroją się zbyt pochopnie w piórka bohaterskich obrońców Puszczy. Tak, drodzy eko-biurokraci, zmarnowaliście 20 lat, nie udało wam się rzetelną pracą u podstaw zaszczepić w społeczeństwie fascynacji światem dzikich roślin i zwierząt, próbujecie teraz na skróty walczyć z samorządami, na zasadzie „nie chce po dobroci, więc kijem go”. To jest hucpa. Nasuwa się wręcz analogia z drogowcami, którzy chcieli budować most na Rospudzie wybierając najprostszy wariant.  

Prawo veta samorządów jest  rzekomo pechowym efektem działania jakiegoś wpływowego lobby łowieckiego wśród posłów. Nie wierzę w tę bajkę. To raczej konsekwencja wieloletnich zaszłości, polityki uprawianej przez dyrekcje parków. Nie żadna nienawiść lokalnych społeczności (a nie tylko mitycznych „złych samorządowców”) do dzikich pobratymców, tylko niechęć zawłaszczania terenów przez osoby i instytucje których styl funkcjonowania wzięty jest z poprzedniej epoki. Jak opowiada Adam Wajrak w propagandowym filmiku to ponoć skandal, że samorządy nie decydują o innych instytucjach skarbu państwa jak huty, stocznie, wysypiska śmieci itp. a mogą o decydować o parku narodowym. Trzeba być bardzo zacietrzewionym, żeby nie widzieć różnicy między zamkniętym zakładem a ogromną połacią lasów, łąk, wód – którą owszem, państwo administruje, ale która zwyczajowo dostępna jest do użytku publicznego.

Mieszkańcy puszczańskich gmin rzadko mają dziś okazję zobaczyć w lasach zagospodarowanych kogoś, kto wygląda na zainteresowanego przyrodą. Garstka naukowców, bardzo nieliczne wycieczki. Skoro nikt więcej nie przyjeżdża, trudno jest im uwierzyć, że ochrona resztek pierwotności tych lasów jest tak ważna dla narodu. Przez kilka lat z rzędu (1997-2005) organizowałem w ramach swojej niewielkiej firmy „festiwale przyrodnicze”. Kilka tysięcy osób z całej Polski miało okazję tanio (nawet za kilkadziesiąt zł) przyjechać i zobaczyć m.in. owe rzadkie dzięcioły. Pierwszy puszczański „Pociąg dla przyrody” odbył się w Narewce, wójt powitał jego uczestników, wioskę i jej okolicę wypełniło kilkuset ludzi z lornetkami. Bogate w nieruchomości i administrację organizacje „społeczne” nie wpadły na pomysł skorzystania z moich doświadczeń i kontynuowania tej akcji. Mało tego, dziś lobbując o zmiany prawne lekceważą potrzeby swoich własnych członków. Wnioskuje się o prawo swobodnego wstępu do lasu jedynie dla miejscowych zbieraczy runa leśnego, nie dla obserwatorów przyrody! Po dalszym rozszerzeniu Białowieskiego Parku Narodowego nie będzie już można tak jak dziś wejść z lornetką do lasu i szukać ptaków.

Miłośnik natury składając podpis dziś, może się jutro zdziwić kiedy nie będzie mógł się przejechać ulubionym szlakiem rowerowym, wykąpać w ulubionym jeziorze. Do puszczańskich lasów należy zakazać wstępu, bo „niechże te inne istoty mają skrawek gdzie ich człowiek nie podgląda” pisze do mnie na facebookowym forum jedna z aktywistek Greenpeace i nie jest to bynajmniej rzadki pogląd. Nie zdaje sobie sprawy że ptak leśny ma w naturze setki ważniejszych zmartwień – drapieżniki, choroby, pasożyty, od oglądającego go przez lornetkę homo sapiens. Mam nieodparte wrażenie, że na osoby o takiej właśnie infantylnej wizji świata stawiają organizatorzy. Plakietka „I love puszcza” jako kolejny ozdobny gadżet obok modnej fryzury czy torebki. Może to i sprytny pomysł marketingowy, ale bez licznej gromady osób mających realną chęć obcowania w terenie z dziką fauną i rzeczową o niej wiedzę, lobby się nie zbuduje!    

Podzielę się jeszcze wątpliwościami natury formalnej. Zbieramy podpisy i co dalej? W Polsce nie brakuje zwolenników radykalnych rozwiązań. Można wystąpić z projektem najdziwniejszej ustawy, np. przymusowej izolacji wszystkich gejów i lesbijek, i zebrać 100 tys.  podpisów w ciągu jednej niedzieli. Tylko po co? Skąd wiara aktywistów Greenpeace, że posłowie w Sejmie ulepieni są z innej gliny niż wybrani przez ten sam naród jego reprezentanci na niższych szczeblach administracji? Czy akcję poprzedził choć pobieżny sondaż wśród parlamentarzystów? Zapytania w biurach poselskich?. Liczenie się z prawem veta lokalnych społeczności nie jest bynajmniej polskim ewenementem. W daleko bardziej „świadomych ekologicznie” Niemczech, w 2009r. mieszkańcy Bad Honnef odrzucili projekt utworzenia parku narodowego w górach Siebengebirge. I wreszcie, nawet gdyby te dwa wycinki ustawy przeszły całą drogę legislacyjną, wiedząc jak pogmatwane i niespójne jest polskie ustawodawstwo – jestem pewien… Ba! Jestem święcie przekonany, że rozwścieczeni samorządowcy przechytrzą ekologów i na swoją korzyść wynajdą jakiś inny kruczek prawny. Niczym do niedawna kreatywni sprzedawcy dopalaczy kolejną substancję. I co, będzie kolejna zbiórka  podpisów, i potem znów następna…?   

Chętnie podpiszę się pod projektem ustawy o ochronie przyrody ale napisanej w  całości od nowa. W której każdy Polak nie będzie traktowany z góry jak kłusownik chcący zniszczyć wszystkie ptasie lęgi, wybić wszystkie zwierzęta i którego należy profilaktycznie trzymać jak najdalej od ich ostoi. W których park narodowy będzie parkiem narodowym a nie latyfundium dyrektorskim. Która na terenach chronionych nie będzie zakazywać zwyczajów i czynności obojętnych dla życia jej dzikich mieszkańców. Dziś nie dam satysfakcji skompromitowanym działaczom.

Maciej Zimowski               e-mail: bird@bird.pl

Artykuł do wydruku w formacie doc