Wściekła kynofobia polskich parkowców

O obywatelskim projekcie coraz ciszej, w sprawie ochrony Puszczy Białowieskiej osiągnięto kompromis bez powiększania parku, zajmę się więc sprawami drobniejszej wagi.

Analiza przepisów w polskich parkach narodowych, porównanie ich  z podobnymi w krajach europejskich, bywa dla tych pierwszych miażdżąca. Trzeba tu o tym pisać, gdyż dla oficjalnych mediów są to sprawy błahe, a piszący o ekologii dziennikarze – jak Adam Wajrak czy Jakub Medek (który nb. uważa, że mój blog jest sponsorowany przez… Lasy Państwowe (sic!) Postępują według zasady: Wytykamy najdrobniejsze błędy leśnikom, reagujemy na wszelkie przejawy bezprawia w których poszkodowani są ekolodzy. Ale nie ma takiego absurdu, takiego kretyństwa, którego byśmy nie wybaczyli służbom parków narodowych. Parkowcy mają status świętych krów.

Czasem jednak i przesadzą na tyle że i prasa zareaguje. Przypomnę żenującą historię z września ubiegłego roku: „Niewidomemu z psem w parku narodowym należy się mandat” – alarmowano o szykanowaniu przez strażników Bieszczadzkiego PN niewidomej Karoliny. Polecam też mniej znany materiał na blogu olgierda.

Ciekaw jestem – ilu z tych podpisujących się pod greenpeace’owskim projektem ustawy ma psa i byłoby w niezłym szoku, dowiedziawszy się że ze swoim podopiecznym na ten czy inny teren już nie wejdzie, bo poszerzono albu utworzono nowy park i tak postanowił jakiś parkowy służbista-kynofob.

Kynofobia to termin który wymyśliłem na potrzebę tej notki, ale widzę, że doczekała się nawet definicyjki w wikipedii: – jest to lęk przed psami, schorzenie które najczęściej dotyka małe dzieci. Osobom już na samą myśl o psach robi się niedobrze, boli ich brzuch, kręci się im w głowie, dostają wysokiego ciśnienia krwi.

Oprócz małych dzieci należałoby dodać parkowców, których to schorzenie dotyka w Polsce wyjątkowo często, gdyż zakazywanie wstępu z psem do parku jest powszechne. Nie zauważyłem takich zakazów w parkach niemieckich, regułą jest jedynie nakaz prowadzenia psów na smyczy. W najstarszym, i najściślej chronionym Nationalpark Bayerischer Wald psy można wprowadzać nawet do zwierzyńców (Wildparks) i jakoś nikt z tamtejszych służb nie sili się na bieszczadzki bełkot o strasznych substancjach zapachowych czy robakach pasożytniczych.  Największy park w austriackich Alpach  – Nationalpark  Hohe Tauern wręcz zachęca do wędrówek z psami.

W sposób najbardziej drastyczny kontrast ten widać w Pieninach. Po stronie słowackiej psy wprowadzać wolno, na tablicach informacyjnych nie ma żadnych zakazów.

Jakby ktoś był dociekliwy to znajdzie w internecie regulamin i wzmiankę o konieczności prowadzenia psa na smyczy. Dochodzimy do granicy polskiej i – witaj kraju absurdów. Parkowcy za pomocą odpowiednio wielkich tablic zadbali, żeby nawet na drodze pienińskiej, czyli popularnym i zatłoczonym, szlaku spacerowym, asfaltowej drodze, prowadzenie psów było ZABRONIONE.

Nie ma innego uzasadnienia dla tych praktyk i regulacji jak pusta, bezmyślna arogancja władzy, pokazanie „kto tu rządzi” i może nie wiem – leczenie kompleksów niskich zarobków czy małego ptaszka. Dziesiątki takich drobnych upierdliwości składają się na negatywny obraz parków narodowych jako instytucji wrogich obywatelowi. I niestety – od zmiany tych przepisów, nawyków  czy przyzwyczajeń z poprzedniej epoki należy rozpocząć uzdrawianie sytuacji a nie pięścią przystawianą do nosa samorządowcom. Choćby ta pięść była zdobiona w kolorowe bransoletki i koraliki.

Dzisiejsze posiedzenie – nagranie i gorący komentarz

Czas odświeżyć bloga, bo nowa Marszałkini – Ewa Kopacz powiedziała stanowcze „nie” sejmowym zamrażarkom i greenpeace’owski projekt zmian w ustawie wrócił pod obrady parlamentu. Słuchałem dziś tego posiedzenia i nagrałem jego większą część – bez pierwszego czytania, które było właściwie powtórzeniem tekstu sprzed roku, tylko wystąpienia przedstawicieli poszczególnych partii i część pytań posłów (potem niestety coś się w transmisji urwało). Wkrótce wszystko będzie dostępne w stenogramach sejmowych, ale żywe nagranie to zawsze coś: 


http://przyroda.pl/parkwatch/sejm120112.mp3

Pozytywnym novum jest zdecydowane poparcie ochrony przyrody przez trzecią siłę w parlamencie, czyli Ruch Palikota, partii do której sukcesu wyborczego sam się w jakimś mikroprocencie przyczyniłem nagrywając przed wyborami dość popularny filmik wyborczy. (Nota bene przedstawione w nim postulaty uwolnienia zawodów realizuje dziś rząd – więcej na siostrzanym blogu). Wiedząc, że ugrupowanie to reprezentuje poglądy liberalne w sferze gospodarczej, jest przeciwne nadmiernym regulacjom i innym absurdom wierzę że uda się wypracować proponowany kompromis, czyli przede wszytskim wykreślenie z ustawy srtykułu 15.1.15 z definicji zakazującego swtępu na teren całego parku narodowego. W tym kierunku będę działał, już wkrótce kolejne publikacje. Tymczasem tych z Państwa, którzy z tematem spotykają się po raz pierwszy – zapraszam do zapoznania się z archiwum bloga.       

Wy, którzy podpisywaliście: Rozliczcie ich.

Witam po dłuższej przerwie. Czas podsumować pewne sprawy. Czuję na sobie ten obowiązek bo… głupio stwierdzić ale mój skromny blog jest chyba jedynym w miarę aktualizowanym, zbiorczym źródłem informacji o obywatelskim projekcie ustawy, sygnowanej hasłem „oddajcie parki narodowi”.

Ale po kolei. Na uprzejme pismo do Greenpeace które cytuję notkę niżej, otrzymałem zdawkową i pełną zarozumialstwa odpowiedź od rzecznika tej organizacji, Jacka Winiarskiego, którą zacytuję: w całości: 1. Nie zwykłem odpowiadać na prowokacje i groźby 2. Zwykłem odpowiadać poważnym dziennikarzom 3. Wystarczy uważnie słuchać, chcieć słyszeć i czytać ze zrozumieniem aby znać odpowiedź na wszystkie te pytania. Jestem uniżenie wdzięczny za ten liścik, inni (patrz niżej) nie doznali podobnego zaszczytu.

Prowokacje i groźby? Mocne. Poczułem się co najmniej jakbym, wrzucił do warszawskiej siedziby „zielonego pokoju” koktail Mołotowa. Zważywszy, że aktywistom tej organizacji nie straszne są akcje typu atakowanie statków wielorybniczych czy wspinanie się na mosty, jakąż to moc musiały mieć moje czysto formalne pytania, jeśli tak zostały odebrane.

Skoro dla Pana Winiarskiego ja – obywatelski bloger – okazałem się niepoważny postanowiłem poprosić o pomoc, już nawet nie jakiegoś pierwszego z brzegu „znanego dziennikarza” tylko kogoś w dwójnasób zasłużonego dla sprawy. Pismo podobnej treści wysłał do Greenpeace Mateusz Matysiak – założyciel i redaktor strony birdwatching.pl. To najpopularniejszy w sieci portal miłośników ptaków, liczący miesięcznie dziesiątki tysięcy odsłon. Autorzy tej platformy intensywnie reklamowali akcję zbierania podpisów. Ich pytanie o – fundamentalne kwestie obserwacji terenowych w przyszłych, rozszerzonych parkach narodowych, powinno być z uwagą wysłuchane. I co się stało, jak myślicie? Według relacji Mateusza nie nadeszła jak dotąd żadna odpowiedź.

A propos „słuchania i czytania” – mała dygresja. Rok temu pisałem: W Polsce nie brakuje zwolenników radykalnych rozwiązań. Można wystąpić z projektem najdziwniejszej ustawy, (…) zebrać 100 tys.  podpisów w ciągu jednej niedzieli. I czyż nie miałem racji? Obywatelskich projektów ustaw wpłynęło już do Sejmu kilkadziesiąt. W tym roku było głośno głównie o jednym z nich -  projekcie całkowitego zakazu aborcji. W zaledwie dwa tygodnie zebrano pod nim … 570 tysięcy podpisów! I co z tego? Ich ogromna liczna nie zrobiła wrażenia ani na posłach – którzy projekt odrzucili, ani na dziennikarzach, którzy nazwali to próbą narzucenia nowoczesnemu społeczeństwu dyktatu zacofanej mniejszości.

Nie jestem oczywiście zwolennikiem wprowadzania tak „ciemnogrodzkiego” prawa, Adam Wajrak też się przyznał że nie, choć popiera je dwa razy więcej wyborców niż projekt ekologów. Jeśli jednak przymkniemy oko na treści merytoryczne,  autorom tej akcji nie można odmówić profesjonalizmu, kultury i szacunku wobec ich „podpisowego elektoratu”. Na stronie stopaborcji.pl – począwszy od pierwszej relacji ze złożenia podpisów w Sejmie, w kwietniu tego roku – mamy ponad 70 artykułów. Są tam wywiady, relacje z prac sejmowych, konferencji prasowych itp. Najnowsze sprzed kilku dni. Czego od Greenpeace może się dziś dowiedzieć jeden z ćwierci miliona „podpisowców parkowych”?  Dokładnie niczego. Jeden z aktywistów, Grzegorz Norman – nie kryje oburzenia:

Nie uzyskawszy odpowiedzi próbował pytać o coś A. Wajraka na  facebookowym forum, przeczytał odpowiedzi w stylu „mądrzy ludzie działają i się starają, ale to są sprawy zakulisowe”. Tymczasem obrady komisji sejmowych są jawne a stenogramy publikowane w Sejmie. Stosowne raporty można by przygotowywać nawet zza biurka. Jedyny ślad na jaki trafiłem, to relacja A. Worobca w kwietniowym wydaniu Dzikiego Życia. A co z głównymi stronami na których koordynowano akcję? tydecydujesz.org znikła z sieci i straszy komunikatem „strona zgłoszona jako dokonująca ataków”. Na oddajcieparkinarodowi.pl wciąż widnieje artykuł Mariusza Duchewicza z listopada 2010 pt. „Możemy świętować nasz wspólny sukces” i zapowiedź kolejnych doniesień. Jakże smutno i fałszywie to dzisiaj brzmi. Sukcesem była jedynie akcja z podpisami i na tym koniec. Zmiany w ustawie nie zostały uchwalone. Patrz – notatka prasowa z 31 lipca. Znów miałem racje pisząc, że posłowie nie są ulepieni z innej gliny niż samorządowcy. A pan Duchewicz nie dotrzymał obietnicy i niczego więcej nie raczył przekazać.

Ów ćwierćmilionowy wynik sprzed roku rzeczywiście mógł nastrajać optymistycznie. Taka ilość głosów przełożyłaby się na niemal 2% w ostatnich wyborach, a przecież nie we wszystkich miejscowościach zbierano podpisy. Czyżby jawiła się szansa na zbudowanie partii zielonych z prawdziwego zdarzenia?  Dariusz Szwed, szef kanapowego ugrupowania „Zieloni 2004″ właśnie poniósł kolejną sromotną klęskę. Najpierw musiał wysłuchać gorzkich głosów dezaprobaty, za to że startuje z listy SLD, wspierając partyjny beton. W wyborach, pomimo pierwszego miejsca na liście, pomimo wyborczej turystyki Michała Olszewskiego i innych entuzjastów, dostał mniej głosów niż kolejny na liście czerwony towarzysz. A z racji na kiepski wynik SLD, mandatu i tak nie zdobył żaden z nich.  Jeszcze gorzej wypadli pozostalo kandydaci, patrz tutaj…>

Antyaborcjoniści, chociaż ich plany definitywnie przepadły w Sejmie, nadal redagują swoją stronę, wyraźnie komuś zależy na tym aby akcja podpisowa była jedynie zaczątkiem większego społecznego ruchu. Proparkowcom piórka opadły. Teoretycznie projekt nie ulega kasacji tylko przechodzi do następnej kadencji ale już jakby mało kto na serio wierzył w jego powodzenie. A ty który podpisałeś – zrobiłeś swoje… tobie już dziękujemy?

List do Greenpeace

Dziś zredagowałem i wysłałem do Greenpeace pierwszy oficjalny list otwarty z przedstawieniem problemu i zapytaniem o planowane działania. W przeciwieństwie do blogowych notek, które urozmaicam felietonowymi żartami i uszczypliwościami, jest on napisany w tonie oficjalnym i poważnym. Warto zapoznać się z tym dokumentem i ewentualną odpowiedzią. Ważne zwłaszcza dla tych, którzy oddali swój podpis dla idei powiększania parków, a lubią czasem pooglądać ptaki w lesie.  

M_Zimowski_do_Greenpeace_1.doc

Szwedzka ściema i szachraj Wajrak

Poprzednio narzekałem, że zagadnienia ochrony przyrody, poza garstką specjalistów, nie interesują dziennikarzy ani blogerów. Co nieco jakby się zmienia odkąd telewizyjny celebryta Kamil Durczok opublikował mocny tekst o zalewie ekoszachrajstwa a wywołani do tablicy obruszyli się niczym pohańbione dziewice. Ale odłóżmy na bok felietonowe przepychanki, i przyjrzyjmy się poważniejszym rzeczom, które miały miejsce niedawno w Sejmie.

Jak wiemy 20 stycznia odbyło się pierwsze czytanie obywatelskiego projektu zmian w Ustawie o ochronie przyrody. Reakcja klubów parlamentarnych była stonowana. Politycznym analfabetą musiałby być ktoś, kto lekceważąco potraktowałby tak znaczną liczbę potencjalnych wyborców. Nie było na szczęście mowy o „klepnięciu” tych zmian w pierwszym czytaniu. Projekt został odesłany do komisji sejmowych, będą trwały nad nim dalsze prace. I tu chciałbym przywołać słowa Roberta Cyglickiego z dyskusji na jakimś przyrodniczym forum. Że owe dwie poprawki mają być tylko przyczynkiem (bo od czegoś trzeba zacząć) do dyskusji nad szerszymi zmianami. I mam nadzieję – powtórzę to po raz może pięćdziesiąty – że w ramach tych zmian zostanie wykreślony ów nieszczęsny Art. 15.1.15 Ustawy, który skutkuje automatycznym zakazem pieszego wstępu na teren całego parku narodowego, z wyjątkiem niewielu wyznaczonych miejsc. Jest to przepis zły, chory, nie mający precedensu nigdzie w zachodnim świecie, do którego to cywilizacyjnych norm co chwilę odwoływał się w swojej sejmowej mowie Krzysztof Worobiec.

Całość owej mowy, późniejszych oświadczeń i odpowiedzi przeczytać tutaj, (od str. 76) posłuchać tutaj. Biorąc to wszystko na serio powinienem zamknąć tego bloga i spożytkować swoją społeczną energię inaczej. Ale intuicja podpowiada mi, że lepiej dmuchać na zimne. Coś tu pachnie ściemą – wybiórczą interpretacją realiów w innych krajach i konstytucyjnych praw. Chciałbym złapać Pana Worobca za słówko. Ze zdziwienia aż otwarłem paszczę kiedy wychwalał model panujący w Szwecji. Proszę posłuchać tego fragmentu…>  Szwecja jest dlań wzorcowym przykładem procedur, według którego opracowano koncepcję tworzenia i powiększania obszarów parków narodowych w Polsce.

Mityczny „model szwedzki” jest już jak wiadomo dyżurnym konikiem wszelkiej maści lewaków i neomarksistów, którzy wpatrzeni w niego jak w święty obrazek chcieliby zrestytuować w Polsce socjalizm. Teraz doszli do nich proparkowcy. Szwedzkiego socjalizmu z jego nadopiekuńczością państwa i megapodatkami – jako liberał i rasowy self made man  wolałbym u nas nie widzieć. Ale parki narodowe według tamtejszego modelu – jak najbardziej. Niechże nawet pokrywają ćwierć Polski. Tylko czy pan Worobiec wie o czym mówi? Polski park narodowy ma się do szwedzkiego – według dzisiejszych zwyczajów i regulacji – jak tzw. demokracja ludowa w byłym bloku wschodnim do demokracji prawdziwej. Jak wino marki patyk do burgunda. Zwiedzałem z moimi wycieczkami wiele szwedzkich parków. Ale i nie ruszając się z krzesła wszystkiego dowiedzieć się można ze strony
http://www.naturvardsverket.se
gdzie do opisu każdego parku dodano bardzo szczegółowy dział „regulations”. Zadałem sobie trud przejrzenia wszystkich zakładek i co się okazało? Na 29 parków narodowych jedynie w trzech (Abisko, Ängsö, Muddus) znalazłem wzmianki o wyznaczeniu niewielkich stref – lęgowisk ptaków tundrowych, oznakowanych i niedostępnych jedynie w okresie trwania lęgów. Nie ma mowy o jakimkolwiek ograniczaniu pieszego wstępu na pozostałe obszary! Wolno też jeździć po wszystkich drogach rowerem. Tylko proszę mi nie wyjeżdżać – bo już słyszałem takie argumenty – że Szwecja jest krajem mniejszym i mniej ludnym itp. Bo po pierwsze – to z jakiej racji Pan Worobiec nazywałby ją „wzorcowym dla nas przykładem?” Po drugie zważywszy poziom życia, zamożność społeczeństwa i popularność outdoorowych sportów – ruch turystyczny jest tam ogromny, a przyjazne ludziom regulacje dotyczą także parków w południowej, silnie zurbanizowanej części kraju. Jak na przykład położony zaledwie 20 km od centrum Sztokholmu park Tyresta, który reklamuje się takim zdjęciem:

Proszę zwrócić na to uwagę! Nigdzie w polskim parku narodowym miłośnikowi przyrody nie wolno zejść ze szlaku aby – jak zrobił to ten ten człowiek – pooglądać sobie porosty na sośnie!

W innym punkcie swego przemówienia Pan Worobiec jednym tchem powołuje się na kolejne kraje, w których władza krajowa ma kompetencje do tworzenia parków narodowych, cytuję: „Taka praktyka stosowana jest w Niemczech, Austrii, Danii, Szwecji, Hiszpanii, Kanadzie, Nowej Zelandii i Czechach”. Pytam się w takim razie gdzie w prawodawstwie tych krajów zapisany jest ustawowo zakaz wstępu na teren parku? Dwa najbliższe przykłady – Czechy – Park Narodowy Czeska Szwajcaria, w bardzo popularnym turystycznym regionie przy granicy z Niemcami podzielony jest na trzy strefy, z czego tylko w pierwszej ruch pieszy ograniczony jest do wyznaczonych szlaków, w dwóch pozostałych wolno chodzić gdzie się chce (źródło). W Niemczech, jak pisałem już w poprzedniej notce, paragraf ustawy dotyczący parków kończy się klauzulą: „na tyle na ile pozwalają względy ochronne, parki powinny być udostępnione publicznie”. Tak wygląda to w praktyce w Nationalpark Vorpommersche Boddenlandschaft, odwiedzanym przez 3 miliony turystów rocznie (tyle co nasze Tatry), który zwiedzałem ostatniego lata:

Na tablicy informacyjnej żadnych wzmianek o zakazie wstępu. Wszystkie leśne drogi dostępne rowerzystom. Nakaz korzystania z wyznaczonych szlaków tylko w strefie I (Kernzone) która obejmuje trzy fragmenty, niewiele ponad 20% powierzchni parku. Po pozostałych lasach i łąkach można chodzić do woli i oglądać rośliny czy motyle (źródło).

W żadnym z polskich parków narodowych nie ma takich regulacji! Poza nielicznymi, kuriozalnymi ustępstwami na rzecz tylko zbieraczy runa (patrz tutaj) zakaz wstępu poza szlaki jest obligatoryjny i całościowy. Przez okrągły rok! Turystów przepędza się nie tylko z miejsc ochrony ścisłej, ale z rozjeżdżonych przez maszyny do transportu drewna dróg-stokówek w Bieszczadach, z nadbiebrzańskich lasów gospodarczych i drożysk po których kursują ciągniki, z beskidzkich traktów po których parkowi urzędnicy wożą się jeepami. Szlaki turystyczne są nieraz wyznaczone źle i bez sensu, przez przyrodniczych analfabetów. Zasady udostępniania odziedziczone z komunizmu – z turystami i organizatorami nikt się w tej sprawie nie konsultuje i nie liczy. Rządzi samodzierżawny dyrektor i sfrustowani, opryskliwi strażnicy – takie są realia, na dowód których opublikuję wkrótce kolejne materiały.

Zadaje więc w tym otwartym, publicznym tekście pytanie do Pana Worobca, Greenpeace i wspierających organizacji, czy w dalszych pracach nad ustawą planujecie wykreślić z niej ów Art 15.1.15 aby warunki zwiedzania polskich parków podobne były do tych, jakie istnieją w parkach szwedzkich. Tudzież czeskich, niemieckich czy kanadyjskich. Rad byłbym się też zapoznać z cyt. „Propozycją kompleksowej regulacji  tworzenia i powiększania parków…” opracowanej według szwedzkich wzorów.

Zauważyłem u niektórych zaskakującą lekkość do udzielania pouczeń – przepisy w Polsce muszą być zaostrzone, bo naszym turystom brakuje kultury. No dobrze. 240 tysięcy sygnatariuszy podpisało projekt zmian w ustawie. Kieruję do nich pytanie: Jak się Państwo czujecie: Kiedy chcą od was podpisu – głaszczą po główce – jesteście światłymi, kulturalnymi obywatelami, dbającymi o ojczystą przyrodę. Kiedy w charakterze turystów przybywacie do tego parku – dostajecie kopniaka – traktuje się was jak wyzutą z wszelkiej kultury swołocz którą na wszelki wypadek należy trzymać od tej przyrody jak najdalej. Bez żadnego uzasadnienia. Na zasadzie: nie wolno i już, bo władza tak każe! Patrzcie więc Państwo na ręce tych którym, zaufaliście. Do tego m.in. służy ten blog.

Czytaniu w Sejmie towarzyszyła publikacja w Wyborczej artykułu Kazimierza Orłosia zaczynającego się od słów – a jakże: „Parki narodowe przyciągają turystów…” źle się robi czytając po raz kolejny te wyświechtane komunały. Jest więc pewna nadzieja że po felietonie Durczoka, – przepraszam za salonową nowomowę – dyskurs się nieco spluralizuje i nie będziemy musieli na każde pytanie dotyczące ekologii słuchać w mediach wyłącznie opinii tego pana:

„Zima to najlepsza pora na obserwacje w Puszczy… nasłuchujemy, gdzie co stuka,  a potem jak po sznureczku idziemy w kierunku tego odgłosu i widzimy na przykład dzięcioła białogrzbietego” – Mówił niedawno Adam Wajrak do słuchaczy na spotkaniu w warszawskim klubie „Wrzenie Świata”. Kpiąc z nich sobie cynicznie, bo zdaje sobie sprawę, że kiedy park zostanie rozszerzony na całą Puszczę, przy obecnych regulacjach takie obserwacje dzięciołów staną się niemożliwe. A potem usiłując mi i innym wmówić bajeczkę (wpis na facebooku z 24. stycznia) że on obserwuje i fotografuje wyłącznie z udostępnionych szlaków turystycznych. Chciałem już wysłać zlecenie do białowieskich paparazzi, żeby w zamian za flaszkę albo dwie zrobili mi fotkę Wajraka w lesie. Ale okazało się że nie muszę się wykosztowywać, wystarczy sobie puścić znany już propagandowy filmik z youtube’a. I skonfrontować słowa z czynami:

Ochrona przyrody i obrona Puszczy Białowieskiej przed piłą drwala to ważna i szczytna misja. Nie warto aby się rozbijała o takie drobne szachrajstwa. Być może dziennikarze zawodowi nie potrafią inaczej. Ja na szczęście, jako okazjonalny bloger obywatelski tego w sobie nie czuję.

Ćwierć miliona oświeconych dyktatorów

Car Piotr Wielki obcinał bojarom brody. Kemal Atatürk dekretami nakazywał Turkom nosić europejskie garnitury. Historia zna wielu pomniejszych oświeconych dyktatorów, którzy siłą zwalczali zacofane zwyczaje i zabobony. Ducha takiej cywilizacyjnej misji z pewnością poczuło w sobie wielu z 240 tysięcy sygnatariuszy obywatelskiego projektu zmian w ustawie, ograniczającego prawa samorządów. Każdy z nich nakazuje wieśniakowi spod Hajnówki położyć ruki pa szwam i do starych, tudzież martwych drzew w Puszczy zapałać uczuciem wzniosłym i romantycznym a nie prymitywnie utylitarnym. Jak już pisałem w październiku – sukces akcji zbierania podpisów nie dziwi, tysiące rodaków skłonnych jest do popierania znacznie drastyczniejszych zmian.

Mimo szerokiego zasięgu, cała akcja nie jest jak dotąd przedmiotem większego zainteresowania i krytycznych analiz zarówno mediów jak i blogosfery, poza tym jednym komentarzem jaki znalazłem. Niechże mnie ktoś oświeci, czy historia zna podobny przypadek, kiedy radykalna pozarządowa organizacja walczy o zwiększenie uprawnień… Rządu?

Trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że większość sygnatariuszy nie za bardzo wiedziała, pod czym dokładnie się podpisuje. Rzeczywistość zgotowała im zresztą – zaraz po zaniesieniu kartonów z podpisami do Sejmu – drastyczną niespodziankę. Coś jakby zwrot akcji z taniego horroru klasy B, kiedy wiejska nauczycielka zmienia się w drapieżne monstrum i pożera swoich wychowanków. Okazało się że ten sam Pan Minister i Państwowa Rada Ochrony Przyrody, o których większe przywileje wolontariusze heroicznie walczą, podpisali zgodę na odstrzał kilkudziesięciu łosi na bagnach biebrzańskich.

Tak czy owak, zebranie podpisów zostało odtrąbione jako wielki sukces i dowód świadomości ekologicznej obywateli. Jest to akcja bez precedensu i cieszy fakt powszechnej wrażliwości na los dzikiej przyrody. Rodzi jednak wiele intrygujących pytań. Ćwierć miliona głosów i idące za tym 1,5% poparcia zdobyła podczas ostatnich wyborów do Sejmu Samoobrona. Jako że komisje wyborcze są wszędzie a nie tylko – jak wolontariusze Greenpeace – w niewielu punktach, łatwo skalkulować, że owa mega-świadomość powinna się przełożyć w wyborach powszechnych na co najmniej kilkuprocentowe poparcie dla partii głoszącej ekologiczny program. Takiej, która zdolna byłaby wejść do parlamentu, obsadzić ministerialne stanowiska i zgłaszać projekty legislacyjne bezpośrednio. Bez angażowania setek godzin społecznej pracy i zużywania tony papieru na podpisy.

Tymczasem działająca Partia Zielonych to jakieś nic nie znaczące, kanapowe ugrupowanie, którego poziom poparcia mierzony jest w ułamkach procenta. Członkowstwo w organizacjach, co wykazałem na przykładzie OTOP-u – jest niższe niż przed laty. Albo więc owe tysiące podpisów nie są żadnym aktem wyższej świadomości, tylko zwykłą chęcią zrobienia na złość rządzącym (ekologia jako pretekst do walki z władzą – to już przerabialiśmy w latach 80-tych), albo partie i organizacje kompletnie nie dorastają do dzisiejszych realiów.

Na te i inne pytania postaram się poszukać odpowiedzi. Po załatwieniu pilnych spraw służbowych mam teraz na to trochę więcej czasu. W styczniu spędzę wiele dni w Warszawie i w Białowieży, można spodziewać się ode mnie dociekliwych pytań. Zanim je zadam, proszę – niech panowie Wajrak, Cyglicki, Chylarecki i inni aktywiści zapoznają się z definicją słowa watchdog – przedsięwzięcia o charakterze strażniczym, którego celem jest monitoring działań organów publicznych. Przez kilka ostatnich tygodni, odkąd uruchomiłem bloga, spotykałem się na wielu forach z floodem wyzwisk, próbami wyśmiania i dezawuowania nie tyle meritum zarzutów, co samego faktu że ośmieliłem się podjąć tej inicjatywy. Ci, którzy tak często wycierają sobie usta sloganem „społeczeństwo obywatelskie” powinni wiedzieć, że nie jest ono ciastem, z którego wybiera się same rodzynki.

Z kozikiem możesz wejść, z lornetką nie!

W regulaminowym terminie – 15 października,  wysłałem swoje uwagi do projektu planu ochrony Białowieskiego Parku Narodowego. Oto ten projekt w formacie .pdf. Zasady udostępniania parku dla publiczności opisane są w załączniku 10, str 62-67. Moją opinię możecie Państwo przeczytać tutaj (plik w formacie .doc:)

O ile pierwsze trzy punkty mogą stanowić podstawę do dalszych negocjacji bądź analiz prawnych, punkt 4. dotyczy wyjątkowo absurdalnej i szkodliwej regulacji. Przytoczę go to w całości:        

W sytuacji kiedy dyskutuje się o rozszerzaniu Parku Narodowego na kolejne fragmenty lasów zagospodarowanych – trwogę i protest budzi sposób udostępnienia terenów Obrębu Ochronnego Hwoźna, czyli dawnych lasów gospodarczych Nadleśnictwa Browsk. Dopuszczono tam wyłącznie zwiedzanie po „szlakach turystycznych” poprowadzonych najczęściej wzdłuż linii oddziałowych. Proszę pamiętać że gro turystów przyjeżdża tu obserwować drobne ptaki leśne (dzięcioły, muchołówki) lub ssaki prowadzące skryty tryb życia, których nie da się zobaczyć z arbitralnie wyznaczonego szlaku. Doceniam starania w zakresie budowy infrastruktury – parkingów, kładek itp. ale aby prawdziwe były zapewnienia że po rozszerzeniu Parku jego dostępność jego się nie zmniejszy, a turystów przybędzie – szlaki te mogą być jedynie pomocą w zwiedzaniu a nie przymusowo wyznaczoną marszrutą. Jest to tym bardziej kuriozalne, że w 22 oddziałach tego obrębu dopuszczono… zbiór grzybów i płodów runa leśnego – bez żadnych ograniczeń terytorialnych ani frekwencyjnych. Skoro uznano, że ekosystemowi nie szkodzi zbieracz systematycznie rozgrzebujący ściółkę, zrywający części roślin, nie widzę żadnego uzasadnienia dlaczego szkodzić ma przemieszczający się bez ingerencji wędrowiec. Dlatego bardzo proszę o zmianę tych punktów w zał. 10 i dozwolenie wstępu na teren O. O. Hwoźna również bez konieczności zbierania grzybów.

Tak też i obecnie uregulowana jest dostępność lasów, które zostały włączone do parku przed kilkunastu laty, gdzie przed 1996 r. można było swobodnie chodzić. Wiem o przypadkach karania mandatami turystów obserwujących ptaki, za sam fakt zejścia z drogi leśnej. Proszę więc nie wierzyć w kłamstwa ekologów, że po dalszym rozszerzeniu Parku będzie można tak samo jak dziś wędrować po Puszczy.  

Z formalnego punktu widzenia regulamin pozwalający zbierać runo a zabraniający zwiedzać i oglądać las, jest dowodem wyjątkowej tępoty zarządzających dziś parkiem urzędników, ich nieliczenia się z realiami organizacyjnymi i społecznymi potrzebami. Arogancką demonstracją władzy wobec tych pasjonatów Puszczy, którzy są najbardziej świadomi jej przyrodniczych wartości i chcą je poznawać w terenie. Nie można pozostawiać takim ignorantom prawa do wyłącznego decydowania o polityce turystycznej całego regionu!

Z początkiem listopada dowiemy, się czy Greenpeace zebrał swoje 100 tysięcy podpisów i czy prace legislacyjne w kierunku ograniczenia władzy samorządów ruszą dalej. Niedawna decyzja ministerstwa o drastycznym ograniczeniu wyrębów i polowań pozwala żywić nadzieję, że uda się pogodzić ochronę Puszczy z jej dostępnością dla ptasiarzy. Niezależnie od tego jak się sprawy dalej potoczą, warto lobbować w sprawie liberalizacji i „użyciowienia” regulaminu BPN. Przygotowałem w tej sprawie list otwarty do usługodawców zajmujących się puszczańską turystyką (plik w formacie .doc:)

…i wysłałem do kilku głównych hoteli, pensjonatów – proszę przekazywać go dalej, zwłaszcza mniejszym kwaterodawcom, nie wszystkich znam.

Zapraszam też do zapoznania się z dyskusją na portalu birdwatching.pl

Maciej Zimowski
bird@bird.pl

Za przyrodą, przeciw hucpie.

Polska nie przestaje zadziwiać paradoksami. Do niedawna pierwszym punktem newsów w dużym europejskim kraju były relacje z awantury pod krzyżem. Teraz ekolodzy z Greenpeace usiłują nagłośnić kuriozalną akcję tydecydujesz.org Proszą obywateli aby zgodzili się swoje prawa obywatelskie ograniczyć na kolejnych znacznych obszarach kraju, a demokracjom lokalnym pokazali pięść. Obiecują, że zmiana dwóch drobnych paragrafów w pewnej opasłej ustawie uchroni Puszczę Białowieską i inne perły polskiej przyrody od zniszczenia. Jest też akcent wręcz humorystyczny – organizacje z nazwy „pozarządowe” wspomagają biedny rząd w walce o większe uprawnienia centralnej administracji.     

Pomimo, że na portalach i forach przyrodniczych wciąż czytam apele o podpisanie się pod tym projektem zmian w prawie – nie poprę go. Jeżeli kogoś stać na coś więcej niż bezrefleksyjne poddanie się instynktowi stadnemu – proszę, aby przeczytał mój wywód. Opozycjoniści w PRL-u musieli stosować taktykę oblężonej twierdzy, w walce z reżimem zapomnieć o różnicach światopoglądowych. W dzisiejszych realiach nie widzę takiej potrzeby.

Kiedy przed trzydziestu laty zaczynałem biegać z lornetką za ptakami – ktoś, kto uprawiał to hobby mógł być co najwyżej nazwany niegroźnym wariatem. Dziś, przykro to stwierdzić, przyznanie się do bycia przyrodnikiem, bądź tzw. „ekologiem” ściąga na głowę wszystkie obelgi jakie oficjalna, a zwłaszcza nieoficjalna polszczyzna zna. Można powiedzieć – ot normalny konflikt interesów, konsekwencja europeizowania się naszego kraju, konieczności przestrzegania ostrzejszych norm środowiskowych. Ale to tylko część prawdy.

Udany protest przeciwko budowie mostu przez Rospudę dodał wielu działaczom skrzydeł i entuzjazmu. Wtedy jednak przekaz był jasny i uczciwy. Dziś – pogmatwany, oparty na demagogii i kłamstwie.  Polskie 23 parki narodowe zajmujące 1% powierzchni kraju to rzekomo wstyd na tle innych krajów Europy. Sprawdźmy. Owszem, wyższy procent „uparkowienia” mają np. Austria czy Słowenia – trudno jednak porównywać się do tych małych i wybitnie górskich krajów. Sąsiedni kraj o podobnej wielkości i strukturze krajobrazu – Niemcy, na 14 parków zajmujących 0,54% powierzchni, dla Francji ten współczynnik wynosi 0,66%. Ale choćby było ich tam trzy razy tyle, porównywanie się do zachodnich cywilizacji jest mocno chybione.

W głównym haśle akcji „Oddajcie parki narodowi” kryje się gorzki fałsz. Pierwotny sens pojęcia „Park Narodowy” zrozumie np. ten, kto wędrował po Ameryce Północnej. W kraju, gdzie większość terenów jest prywatna i ogrodzona, parki narodowe i regionalne szeroko otwierają swoje podwoje każdemu, kto chce wejść, wypocząć, obserwować przyrodę. W niemieckiej ustawie o ochronie przyrody, parkom narodowym poświęcono zaledwie… jeden paragraf 14 z kilkoma punktami. Ostatni kończy się klauzulą: „na tyle na ile pozwalają względy ochronne, parki powinny być udostępnione publicznie”. Polska ustawa, kilkakrotnie opaślejsza od niemieckiej, składa się głównie z drobiazgowych zakazów. Z tym szczególnie dotkliwym, i bezsensownym Art. 15. 1. 15: W parkach narodowych oraz rezerwatach przyrody zabrania się… ruchu pieszego i rowerowego… z wyjątkiem miejsc wyznaczonych przez dyrektora. Wniosek o usunięcie tego absurdu mógłby choć trochę złagodzić antyspołeczny wydźwięk nowelizacji w myśl zasady win-win.  Ale gdzie tam, reszta ustawy ma pozostać niezmieniona a władza dyrektorska stać się władzą niemal dyktatorską.

Mamy się martwić że od 2001 r. nie powstał w Polsce żaden nowy park narodowy. O ile wiem, nie wypiętrzyło się też w tym czasie żadne nowe pasmo górskie, nie wyżłobiła dzika dolina rzeczna, nie odwojowaliśmy terytorium na sąsiadach. Po 1989 r. utworzono w szybkim tempie 9 parków, na terenach znacznie przez człowieka przekształconych, gdzie sama jego obecność nie stanowi jakiegokolwiek zagrożenia dla dzikich gatunków, a często, jak np. nad Biebrzą – solidna techniczna interwencja: wypas, karczowanie zarośli, koszenie traw jest niezbędna do utrzymania cennych środowisk. A mimo to cały czas widnieje w ustawie ten przepis – obligatoryjny zakaz wstępu na całe terytorium parku czy rezerwatu, z wyjątkiem niewielu miejsc czy szlaków, które wszechwładny dyrektor zechce udostępnić.

Jako organizator wycieczek przyrodniczych, ze szczególnym  oburzeniem reaguję na opowiastki o tym jak to powstanie parku ma przyczynić się do rozwoju turystyki i zapewnieniu przez to alternatywnego źródła dochodów miejscowej ludności. Jest tak być może w Ameryce, Niemczech czy Austrii, gdzie parki narodowe na swoich stronach internetowych wręcz zapraszają do przyjazdu i spędzenia tam urlopu. W Polsce nie ma zwyczaju grodzenia i zamykania otwartych terenów, nikt nie zabrania wstępu na większość łąk, pól, zarośli, lasów, tak prywatnych jak i państwowych. Natomiast utworzenie parku bądź rezerwatu pozbawia obywatela tego zwyczajowego i konstytucyjnego prawa. Następuje proces odwrotny do pierwotnej idei parków – odebranie narodowi danego obszaru. Człowiek – turysta jest wrogiem i intruzem człowieka w zielonym parkowym mundurku, który w sposób arogancki chce mu zademonstrować swoją władzę. Tworzone regulaminy są modelowymi przykładami „prawa powielaczowego” lekceważącego konstytucję. O antyturystycznych absurdach w parkach białowieskim i biebrzańskim pisałem już 10 lat temu. Wciąż aktualny tekst jest dostępny pod adresem www.bird.pl/puszcza.

Na kłamliwość hasła „oddajcie parki narodowi” zareagowali też na swoich forach miłośnicy turystyki górskiej.  Od lat narzeka się na  szykany w parkach Magurskim i Bieszczadzkim gdzie zakazano np. wejścia na bite drogi, po których jeżdżą parkowe pojazdy. A nie są to bynajmniej obszary pierwotnej dzikości, tylko tereny opuszczone 60 lat temu na skutek wysiedleń. Znikł z nich człowiek-rolnik, człowiek–drwal i człowiek-budowniczy, dlaczego teraz tak przeszkadza człowiek – pieszy lub rowerowy wędrowiec?  Tak, narodowi należy oddać parki. Ale najpierw te, które już istnieją.     

Pośpieszna akcja zbierania podpisów ma być – jak pisze Adam Wajrak, pokazaniem że „za przyrodą stoi też lobby”. Wątpię, żeby ktoś z ulicznej  łapanki, po spojrzeniu na dwa zawiłe paragrafy stał się od razu przyrodnikiem. Rzeczywistą silną przeciwwagą drwali i drzewiarzy mogliby być ci, dla których np. owe zagrożone dzięcioły: trójpalczasty i białogrzbiety są rzeczywistym obiektem zainteresowania. W krajach zachodnich istnieją wielotysięczne towarzystwa miłośników ptaków. Niemieckie NABU liczy 420 tys członków, holenderskie Vogelbescherming 150 tys, brytyjskie  RSPB ponad milion. Po 1989 roku zaistniała wizja budowy takiego towarzystwa w Polsce jako ważnego elementu demokracji i nowoczesnego społeczeństwa. Z ogromnym finansowym  wsparciem organizacji zachodnich powstał OTOP, który zaraz na początku działalności zebrał 3 tysiące członków. Zapytajcie państwo, ile liczy dziś, po 20 latach: 10, 30 tysięcy?  Informacja na stronie www.otop.org.pl leczy te złudzenia:  „około 2 tysięcy”… ciekawe jak duże jest to „około”.  Inna znana organizacja, białostockie  PTOP, licząca niegdyś członków kilkuset dziś już ich liczby oficjalnie nie podaje, ale jak mnie poinformował jeden z działaczy… spadła do ok. 60! Tymczasem w biuletynie ogłasza się… przeprowadzkę do nowego, większego biura. Polskie towarzystwa zmarnowały ostatnie dwie dekady i zamiast – mając luksusowe warunki i strumień dotacji zarazić tysiące ludzi do przyrodniczego hobby stały się pokracznymi karykaturami swoich zachodnich odpowiedników. Ze spadającą co roku liczbą członków i rozdymającą się biurokracją do przerabiania kolejnych dotacji, grantów i projektów. Instytucje niewątpliwie pożyteczne, ale z prawdziwym społecznikowstwem nie mające nic wspólnego. Zwykłe firmy eksperckie, utrzymujące garstkę członków dla zachowania statusu i przywilejów organizacji pozarządowej. To oczywiście coraz silniejsze lobby, widzące być może w powiększających się parkach narodowych kolejny strumień zleceń, i jako takie ma prawo różnymi metodami walczyć o swoje interesy, niech tylko jego aktywiści nie stroją się zbyt pochopnie w piórka bohaterskich obrońców Puszczy. Tak, drodzy eko-biurokraci, zmarnowaliście 20 lat, nie udało wam się rzetelną pracą u podstaw zaszczepić w społeczeństwie fascynacji światem dzikich roślin i zwierząt, próbujecie teraz na skróty walczyć z samorządami, na zasadzie „nie chce po dobroci, więc kijem go”. To jest hucpa. Nasuwa się wręcz analogia z drogowcami, którzy chcieli budować most na Rospudzie wybierając najprostszy wariant.  

Prawo veta samorządów jest  rzekomo pechowym efektem działania jakiegoś wpływowego lobby łowieckiego wśród posłów. Nie wierzę w tę bajkę. To raczej konsekwencja wieloletnich zaszłości, polityki uprawianej przez dyrekcje parków. Nie żadna nienawiść lokalnych społeczności (a nie tylko mitycznych „złych samorządowców”) do dzikich pobratymców, tylko niechęć zawłaszczania terenów przez osoby i instytucje których styl funkcjonowania wzięty jest z poprzedniej epoki. Jak opowiada Adam Wajrak w propagandowym filmiku to ponoć skandal, że samorządy nie decydują o innych instytucjach skarbu państwa jak huty, stocznie, wysypiska śmieci itp. a mogą o decydować o parku narodowym. Trzeba być bardzo zacietrzewionym, żeby nie widzieć różnicy między zamkniętym zakładem a ogromną połacią lasów, łąk, wód – którą owszem, państwo administruje, ale która zwyczajowo dostępna jest do użytku publicznego.

Mieszkańcy puszczańskich gmin rzadko mają dziś okazję zobaczyć w lasach zagospodarowanych kogoś, kto wygląda na zainteresowanego przyrodą. Garstka naukowców, bardzo nieliczne wycieczki. Skoro nikt więcej nie przyjeżdża, trudno jest im uwierzyć, że ochrona resztek pierwotności tych lasów jest tak ważna dla narodu. Przez kilka lat z rzędu (1997-2005) organizowałem w ramach swojej niewielkiej firmy „festiwale przyrodnicze”. Kilka tysięcy osób z całej Polski miało okazję tanio (nawet za kilkadziesiąt zł) przyjechać i zobaczyć m.in. owe rzadkie dzięcioły. Pierwszy puszczański „Pociąg dla przyrody” odbył się w Narewce, wójt powitał jego uczestników, wioskę i jej okolicę wypełniło kilkuset ludzi z lornetkami. Bogate w nieruchomości i administrację organizacje „społeczne” nie wpadły na pomysł skorzystania z moich doświadczeń i kontynuowania tej akcji. Mało tego, dziś lobbując o zmiany prawne lekceważą potrzeby swoich własnych członków. Wnioskuje się o prawo swobodnego wstępu do lasu jedynie dla miejscowych zbieraczy runa leśnego, nie dla obserwatorów przyrody! Po dalszym rozszerzeniu Białowieskiego Parku Narodowego nie będzie już można tak jak dziś wejść z lornetką do lasu i szukać ptaków.

Miłośnik natury składając podpis dziś, może się jutro zdziwić kiedy nie będzie mógł się przejechać ulubionym szlakiem rowerowym, wykąpać w ulubionym jeziorze. Do puszczańskich lasów należy zakazać wstępu, bo „niechże te inne istoty mają skrawek gdzie ich człowiek nie podgląda” pisze do mnie na facebookowym forum jedna z aktywistek Greenpeace i nie jest to bynajmniej rzadki pogląd. Nie zdaje sobie sprawy że ptak leśny ma w naturze setki ważniejszych zmartwień – drapieżniki, choroby, pasożyty, od oglądającego go przez lornetkę homo sapiens. Mam nieodparte wrażenie, że na osoby o takiej właśnie infantylnej wizji świata stawiają organizatorzy. Plakietka „I love puszcza” jako kolejny ozdobny gadżet obok modnej fryzury czy torebki. Może to i sprytny pomysł marketingowy, ale bez licznej gromady osób mających realną chęć obcowania w terenie z dziką fauną i rzeczową o niej wiedzę, lobby się nie zbuduje!    

Podzielę się jeszcze wątpliwościami natury formalnej. Zbieramy podpisy i co dalej? W Polsce nie brakuje zwolenników radykalnych rozwiązań. Można wystąpić z projektem najdziwniejszej ustawy, np. przymusowej izolacji wszystkich gejów i lesbijek, i zebrać 100 tys.  podpisów w ciągu jednej niedzieli. Tylko po co? Skąd wiara aktywistów Greenpeace, że posłowie w Sejmie ulepieni są z innej gliny niż wybrani przez ten sam naród jego reprezentanci na niższych szczeblach administracji? Czy akcję poprzedził choć pobieżny sondaż wśród parlamentarzystów? Zapytania w biurach poselskich?. Liczenie się z prawem veta lokalnych społeczności nie jest bynajmniej polskim ewenementem. W daleko bardziej „świadomych ekologicznie” Niemczech, w 2009r. mieszkańcy Bad Honnef odrzucili projekt utworzenia parku narodowego w górach Siebengebirge. I wreszcie, nawet gdyby te dwa wycinki ustawy przeszły całą drogę legislacyjną, wiedząc jak pogmatwane i niespójne jest polskie ustawodawstwo – jestem pewien… Ba! Jestem święcie przekonany, że rozwścieczeni samorządowcy przechytrzą ekologów i na swoją korzyść wynajdą jakiś inny kruczek prawny. Niczym do niedawna kreatywni sprzedawcy dopalaczy kolejną substancję. I co, będzie kolejna zbiórka  podpisów, i potem znów następna…?   

Chętnie podpiszę się pod projektem ustawy o ochronie przyrody ale napisanej w  całości od nowa. W której każdy Polak nie będzie traktowany z góry jak kłusownik chcący zniszczyć wszystkie ptasie lęgi, wybić wszystkie zwierzęta i którego należy profilaktycznie trzymać jak najdalej od ich ostoi. W których park narodowy będzie parkiem narodowym a nie latyfundium dyrektorskim. Która na terenach chronionych nie będzie zakazywać zwyczajów i czynności obojętnych dla życia jej dzikich mieszkańców. Dziś nie dam satysfakcji skompromitowanym działaczom.

Maciej Zimowski               e-mail: bird@bird.pl

Artykuł do wydruku w formacie doc

Oddajcie parki narodowi!

Tak, to hasło jest bardzo słuszne. Tylko ktoś, kto je wypowiedział zachłysnął się haustem chłodnego w tym roku wrześniowego powietrza i nie doszeptał do końca.

Hasło powinno brzmieć: Oddajcie parki narodowi – ale najpierw te, które już istnieją! Na tym blogu za chwilę zamieszczę szereg interesujących informacji dla osób, które podpisują pewną petycję. Tymczasem proponuję zapoznać się z moim archiwalnym tekstem pt. „Głos wołającego na puszczy” sprzed… 10 lat. Opisane w nim problemy są nadal aktualne. Tyle że w tamtych czasach nie było jeszcze web 2.0 i społeczeństwa obywatelskiego na dzisiejszym poziomie świadomości. Tym razem postaram się podziałać choć trochę skuteczniej.

Maciej Zimowski